Holistyczne podejście do leczenie chorób


Rozmowa ze specjalistą medycyny integracyjnej – dr n. med. Preeti Agrawal

Propaguje Pani leczenie holistyczne. Na czym ono polega?

Holistyka traktuje człowieka jako całość, zakładając, że składa się nie tylko z ciała, ale z duszy i emocji. Jak powiedział Hipokrates: leczmy osobę, a nie chorobę. Nasze choroby i schorzenia najczęściej wynikają z problemów emocjonalnych, niewłaściwej diety, przeciążenia stałym stresem; nie bez znaczenia są też obciążenia genetyczne. To nie jest tak, że chorują poszczególne narządy – choruje cały człowiek. Medycyna holistyczna leczy człowieka na wszystkich poziomach, sięgając po wszystkie znane metody uzdrawiania. I co ważne – uświadamia ludziom, że drzemie w nich ogromny potencjał samoleczenia, pozwala go wyzwolić.

Współczesna medycyna leczy właśnie pojedyncze narządy. Boli gardło, idziemy do laryngologa, boli żołądek – do gastrologa, od chorób żył jest angiolog, od serca kardiolog… Czy to oznacza, że powinniśmy odejść od współczesnej medycyny?

Absolutnie nie. Współczesna medycyna i jej osiągnięcia to wspaniałe osiągnięcia, które bardzo pomagają nam zdrowieć. Trudno też nie wspomnieć o narzędziach diagnostycznych, o których nie waham się powiedzieć, że są prawdziwym błogosławieństwem, bardzo ułatwiającym odpowiednio wczesne rozpoznanie wielu chorób. A leki, którymi dysponujemy, czy możliwość przeszczepiania narządów – to prawdziwy cud, będący efektem ciężkiej i mozolnej pracy wielu lekarzy i naukowców. Tyle tylko, że my, lekarze, skupiamy się na bardzo wąskich dziedzinach, w których się specjalizujemy. A to poważny błąd, bo jak mówiłam, człowiek jest nierozerwalną całością i trzeba go leczyć na wszystkich poziomach.

Twierdzi Pani również, że medycyna oddaje odpowiedzialność za nasze zdrowie lekarzom.

Tak. Nawet jeśli skrupulatnie odwiedzamy różnych specjalistów, bierzemy leki i regularnie robimy badania, nie mamy świadomości, w jak dużej mierze nasze zdrowie zależy od nas samych. Przecież dbamy o siebie, łykamy witaminy, ćwiczymy na siłowni, a nagle okazuje się, że jesteśmy poważnie chorzy… Dbaliśmy o ciało, ale czy dbaliśmy o nasze zdrowie emocjonalne? Czy nasze kontakty z bliskimi są dobre? Czy czujemy się kochani i potrzebni? W takim sensie oddajemy odpowiedzialność za siebie lekarzom – uznajemy, że proces naszego zdrowienia zależy wyłącznie od nich. Jesteśmy bierni, nie bierzemy udziału w procesie samoleczenia. A przecież my, doktorzy, nie jesteśmy w stanie zajrzeć każdemu do duszy.

W Pani książkach często wspomina pani o konieczności powrotu do natury. Co dokładnie ma Pani na myśli?

Bez względu na to, jakie są nasze poglądy na ten temat, wszyscy jesteśmy częścią natury, wszechświata. Zwłaszcza kobiety, poprzez cykle miesiączkowe, ściśle związane z fazami księżyca, są z naturą związane nierozerwalnie. Niestety, współcześnie bardzo od natury odeszliśmy. A przecież jeszcze sto, dwieście lat temu nasi przodkowie ściśle poddawali się zmianom pór roku, choćby dlatego, że nie mieli elektryczności. Była zima, spali więcej, mniej pracowali – jak większość ssaków. Dziś nie zwracamy na takie rzeczy uwagi. Podobnie jest z cyklem miesięcznym u kobiet – miesiączkę zwykłyśmy traktować jak przeszkodę w życiu, napięcie przedmiesiączkowe jak karę, a fazę folikularną (od owulacji do miesiączki), kiedy mamy mniej energii, jako czas nieproduktywny i stracony. A przecież naszą naturę należy wspierać, a nie odwracać się od niej, udając, że nie ma żadnego znaczenia. Jeśli przyjrzymy się naszym naturalnym cyklom, zaczniemy żyć w zgodzie z nimi, natura zacznie nas wspierać, zaczniemy odzyskiwać równowagę.

Oprócz zdrowia emocjonalnego bardzo ważna jest również dieta.

Tak, to jedna z fundamentalnych podstaw dobrego zdrowia. Spójrzmy na nasze ciało jak na narzędzie, które ma nam dobrze służyć do późnej starości: odpowiednio karmione spełni swoją rolę. Tymczasem żyjemy w wielkim pośpiechu, jadamy nieregularnie wysoko przetworzoną żywność, używamy zbyt wiele cukru, często poddajemy się nieracjonalnym dietom odchudzającym, pijemy za dużo kawy i alkoholu. Organizm nie rozumie, że chcemy schudnąć czy mieć więcej energii. Jego praca ulega rozregulowaniu, czy też, mówiąc krótko – głupieje. Stąd wiele chorób. Przecież źle traktowane maszyny i narzędzia psują się szybciej i częściej. Wiemy o tym, dlatego dbamy o nasze samochody, pralki czy komputery. Należy te same zasady wprowadzić wobec naszych ciał. To proste i oczywiste. Z mojego doświadczenia zawodowego wynika, że często sama dieta wystarcza, by większość schorzeń minęła bez lekarskiej ingerencji. Miałam niedawno pacjentkę, będącą świetnym dowodem na prawdziwość moich słów: trafiła do mnie po trzech operacjach torbieli jajników. Groziło jej wycięcie wszystkich narządów wewnętrznych. Dodatkowo cierpiała na nadciśnienie i cukrzycę. Była bardzo zdesperowana i bała się kolejnej operacji. Za moją radą zaczęła stosować dietę. Torbiele zniknęły i, co ciekawe, wycofały się również objawy cukrzycowe.

A jaką dietę ma pani na myśli? Żyjemy z czasach informacyjnego zamętu, raz słyszymy, że mleko trzeba pić, zaraz, że mleko to trucizna, należy jeść tłuszcze, należy eliminować tłuszcze… Czasem trudno się w tym wszystkim połapać.

Dieta powinna być przede wszystkim rozsądna. Do prawidłowego funkcjonowania organizm potrzebuje wszystkiego po trochu. Należy dbać o to, żeby nasza żywność była jak najmniej przetworzona, unikać rafinowanego cukru i białej mąki, smażeniny, i przyjrzeć się ilości konserwantów i innych chemikaliów, którymi faszeruje się dziś artykuły spożywcze. Nie należy również przesadzać z ilością jedzenia, jadać regularnie i często, ale niewielkie porcje. Bardzo ważne są też owoce, warzywa i nienasycone kwasy tłuszczowe, występujące w rybach i niektórych nasionach. To dieta prosta i bardzo, bardzo skuteczna.

A co z mądrością naszego organizmu, o której mówi Pani często w swoich publikacjach?

W naszych ciałach rzeczywiście drzemie ogromna mądrość. Wszelkie dolegliwości i choroby są dla nas znakiem, że nadszedł w naszym życiu czas na zmiany, że coś robimy nie tak, jak powinniśmy. Trzeba się zatrzymać, wsłuchać w swoje ciało, przeanalizować wszystko – dietę, życie emocjonalne. Może nie lubimy naszej pracy, może brakuje nam czułości? Z mojego doświadczenia wynika, że kobiety, które chorują na piersi (z rakiem włącznie), na poziomie emocjonalnym mają zaburzenia w równowadze między dawaniem a braniem miłości. Jeśli ich partnerzy cierpią na choroby serca, można pokusić się o diagnozę, że nie są to szczęśliwe pary… U mężczyzn zawał serca może oznaczać zamknięcie na emocje. Podpowiedzi ciała są bardzo cenne, właściwie – bezcenne. To brama do zmian, ogromna szansa. Tak powinniśmy traktować nasze choroby.

Czy chce Pani powiedzieć, że w pewnym stopniu sami jesteśmy winni temu, że chorujemy? Dlaczego w takim razie na nowotwory zapadają nawet maleńkie dzieci?

Mówienie, że sami sobie jesteśmy winni naszych chorób, jest zbyt dużym uproszczeniem. Rak bywa spowodowany zaburzeniami na wszystkich poziomach. To często nieświadoma nawet niezgoda na życie, na to, co się w nim dzieje, połączona z jednoczesnym poczuciem niemożliwości dokonania jakichkolwiek zmian. Oczywiście, jak już mówiłam na początku, nie bez znaczenia jest również nasza przeszłość genetyczna, czyli coś, na co nie mamy wpływu, coś, z czym przychodzimy na świat. Medycyna holistyczna stara się wyeliminować przyczyny chorób, zanim te jeszcze się pojawią. I tak na przykład jeśli przychodzi do mnie młoda dziewczyna, która zdecydowała się na pigułki antykoncepcyjne, dokładnie badam historię chorób w jej rodzinie. Jeśli jej matka miała raka piersi, a babcia cukrzycę, w przypadku tej dziewczyny ryzyko, że w przyszłości zachoruje na raka piersi jest większe, niż u innych. Nie musi zachorować, ale może, zwłaszcza, jeśli na przykład uwikła się w nieszczęśliwy związek i nie będzie się czuła kochana. W takim przypadku namówię tę dziewczynę, żeby wybrała inny środek antykoncepcyjny. Jak widać, medycyna holistyczna stara się zapobiegać chorobom, których jeszcze nie ma. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że gdyby wszyscy stosowali się do jej zasad, udałoby się całkowicie wyeliminować wiele chorób.

Spotkałam się również z Pani twierdzeniem, że cywilizacja zachodu w połączeniu ze współczesną medycyną bardzo pomniejszają kobiety. Czy może to Pani wyjaśnić?

Oczywiście. Proszę spojrzeć na to, jak jest traktowana nasza kobiecość od samego początku, od chwili, kiedy stajemy się kobietami, czyli od pierwszej miesiączki. W telewizji widzimy reklamy podpasek i tamponów – kiedy zachwala się ich chłonność, pokazuje się przejrzysty, błękitny płyn. Już sama ta scena wytwarza w naszej podświadomości przekonanie, że krew miesięczna jest tabu, czymś, czego należy się wstydzić, co należy ukrywać. Jak już mówiłam wcześniej, miesiączka jest również traktowana jako przeszkoda w codziennym funkcjonowaniu. Wręcz wmawia się nam, że to czas bólu (nachalne reklamy środków przeciwbólowych!), napięcia i spadku formy. Spójrzmy dalej, na czas, kiedy stajemy się matkami. Znów całą odpowiedzialność za ciążę i poród bierze na siebie medycyna, a przecież to my jesteśmy najważniejsze dla naszych dzieci, ich zdrowia i prawidłowego rozwoju. A co z okresem menopauzy? Wmawia się nam, że to bardzo trudny okres, że klimakterium to czas nieuzasadnionych zmian humoru, uderzeń gorąca, i tylko stosowanie hormonalnej terapii zastępczej może nas wybawić od wszelkich udręk… Chcę pokazać, że wszystkie naturalne i całkowicie fizjologiczne etapy naszego życia: dojrzewanie, kwitnienie i przekwitanie traktowane są jak choroby, które trzeba leczyć. Jak mamy nie czuć się chore?

Bardzo ważne jest również podejście do naszego ciała. Spójrzmy na nie i na nasze odczucia wobec niego. Czy kochamy siebie? Żyjemy w czasach kultu młodości, a jedynym obowiązującym kanonem piękna jest szczupłe, wręcz chude ciało. Prawie 100% moich pacjentek marzy o doskonale płaskim brzuchu, bez względu na wiek. A przyznajmy szczerze – ile z nas ma taki brzuch? Media, bez związku z rzeczywistością, lansują jeden tylko typ urody – anorektyczną modelkę, a my dążymy do niedoścignionego ideału i wciąż jesteśmy z siebie niezadowolone. Niezadowolone ze swojego brzucha, pośladków, ud. Co wtedy robimy? „Odcinamy” się od tych części ciała, nie akceptujemy ich, nie kochamy, obwiniamy je za wszelkie życiowe niepowodzenia. To kolejna przyczyna chorób. Jak ciało, które jest niekochane, ma być zdrowe?

Ale jak pozbyć się tego brzemienia? W końcu żyjemy w takiej rzeczywistości, w jakiej żyjemy i trudno od niej uciec…  

Pierwszym krokiem do wszystkich zmian jest świadomość. To ogromna potęga. Ponieważ cywilizacja zachodnia zatrzymała się na poziomie fizycznym i nic nie wskazuje na to, żeby istniejący stan rzeczy miał się szybko zmienić, same musimy spróbować odzyskać naszą kobiecą moc, czasem działając na przekór temu, co dookoła. Poza tym pomyślmy o naszych córkach – przecież w dużej mierze od nas zależy, jak będą widziały świat. Jest taka przypowieść zen o chłopcu stojącym nad oceanem, którego fale wyrzuciły na plażę tysiące rybek. Chłopiec brał do ręki jedną rybkę i wrzucał z powrotem do wody. Przechodzień zwrócił mu uwagę, że takie działanie nie ma sensu, bo przecież i tak nie da się uratować wszystkich stworzeń. „Wystarczy, że uratuję jedno”, powiedział chłopiec, kontynuując swoją pracę.

Na początek wystarczy zacząć żyć świadomie, uważnie się sobie przyglądać, traktować się z miłością i szacunkiem, i pamiętać, że zmieniając siebie, zmieniamy świat. Jeden świadomy człowiek może zdziałać bardzo wiele.  

Szybki kontakt
+
Wyślij!