Rak to nie wyrok


O lęku i wdzięczności w procesie zdrowienia z dr Preeti Agrawal rozmawia Aneta Magda


Pani Doktor, podkreśla Pani, że w leczeniu najważniejsza jest odpowiedzialność pacjenta. Ale co konkretnie ma Pani na myśli? Czy odpowiedzialność to coś więcej niż aktywny udział pacjenta w leczeniu?

Zdecydowanie tak. Odpowiedzialność to nie tylko podążanie za etapami medycznego leczenia, to również kreowanie wewnętrznego środowiska sprzyjającego zdrowieniu. Nasze myśli, emocje i przekonania tworzą je całą dobę i nie skontrolujemy go zewnętrznymi działaniami.

W takim razie jeśli nie zewnętrzne działania, to co może?

Każda kultura i jej system medyczny opracowały takie narzędzia. W medycynie chińskiej odbywa się to poprzez rozumienie jak praca wewnętrznych narządów jest sterowana przez poszczególne emocje, na przykład lęk związany jest z nerkami, złość z wątrobą. Mając tę wiedzę aktywnie i świadomie przyglądamy się emocjom, aby pielęgnować wewnętrzne środowisko. W ajurwedzie mamy jogę: praktykę asan (fizycznych ćwiczeń), pranajamę (sztukę oddychania) i medytację (doświadczanie stanu bez myśli). Ajurweda nie podzieliła człowieka na części (narządy), bo wszystkie ze sobą współpracują: ciało wzmacnia się i uelastycznia poprzez pozycje, wspierając pracę wewnętrznych narządów, oddychanie uspokaja i równoważy układ nerwowy i tym samym nasze emocje, a w medytacji doświadczamy głębokiej ciszy.

To są elementy modnego stylu życia wellness. Ludzie praktykują jogę, medytują i… chorują.

Bo robią to technicznie, a nie ze świadomością po co to robią.

Mocno powiedziane…

Joga oznacza zjednoczenie, jedność i wdzięczność za dar natury. Dzięki drzewom oddychamy, rośliny dają pokarm, słońca wszystko ożywia. Bez tego nie ma życia, nie ma nas. A obecnie cała uwaga została skupiona na zewnętrznym wyglądzie ciała. Praktykujemy jogę, by schudnąć albo się rozciągnąć. Ważne jest to, co widać, a to, czego nie widać, głęboko ukrywamy, nawet sami przed sobą. Mam pacjentkę, która dobrze współpracowała, dbała o swoją fizyczność, ale ciągle miała w sobie lęk i to nie sprzyja procesowi leczenia. Dodatkowo rodzina wierzyła tylko w medyczne leczenie.

A ma Pani jakiś pozytywny przykład?

Wiele i to nie tylko z mojej własnej praktyki, ale również książkowe. Z całą mocą chcę podkreślić: człowiek ma wpływ na to, co się z nim dzieje i decyduje o sukcesie leczenia. Przyszła do mnie kobieta w 4. miesiącu ciąży, u której rozwijała się guz piersi. Na podstawie USG lekarz postawił diagnozę: nowotwór i zalecił biopsję, a następnie operację i chemię. Ta Pani miała wewnętrzne przekonanie, że nie chce tego, bo dziecko będzie się rozwijało w środowisku lęku i walki, poza tym ona nie będzie dostępna dla dziecka i nie będzie mogła karmić piersią. Szukając wsparcia medycznego i rozumienia dla swoich potrzeb, przyszła do mnie, żeby to postanowienie przekuć w działanie – co ma zrobić, by nowotwór nie zmienił radości oczekiwania na dziecko w walkę o życie. Pracowałyśmy razem, ale co miesiąc była oczywiście monitorowana, robiliśmy badania USG i jednocześnie była pod opieką onkologa. Guz się zmniejszał, a po paru miesiącach się zatrzymał. Pacjentka urodziła dziecko pół roku temu i z tego co wiem, karmi piersią. To, co jest ważne w jej historii to – oprócz oczywistych czynników czyli aktywnego udziału pacjentki w dbaniu o siebie oraz silnego oparcia w rodzinie – fakt, że jej silne przekonanie i wiara stworzyły silne wewnętrzne środowisko sprzyjające uzdrowieniu. Jeśli ktoś bardzo wierzy, że może sobie pomóc, to sobie pomoże.

W języku polskim jest takie powiedzenie „w zdrowym ciele, zdrowy duch”. Na bazie tej historii powiedziałabym raczej, że to jest na odwrót – jeśli mamy zdrowego ducha, nasze ciało także będzie zdrowe

Jak na przykład Anita Moorjani?

W książce „Umrzeć, by stać się sobą” opisuje swoje doświadczenia ze stanu pomiędzy życiem a światem nieżyjących. Ona umierała na raka. I gdy była reanimowana, medycznie nieprzytomna, duchem była gdzieś pomiędzy. Widziała wszystko, nie tylko siebie na łóżku, ale swoją przeszłość i przyszłość. Ona się leczyła medycznie, żyła bardzo zdrowo, dbała o siebie, jeździła do Indii i korzystała ze wszystkich naturalnych systemów leczenia. Zdrowiała i znów choroba wracała. W tym stanie pomiędzy przyczyną był lęk i brak własnej wartości. Jak rozumiem, wróciła do życia i jej ciało szybko poradziło sobie z chorobą. W języku polskim jest takie powiedzenie „w zdrowym ciele, zdrowy duch”. Na bazie tej historii powiedziałabym raczej, że to jest na odwrót – jeśli mamy zdrowego ducha, nasze ciało także będzie zdrowe.

Czy nasze środowisko zewnętrzne sprzyja kreowaniu tego wewnętrznego?

Tego, co stoi za stabilnym zaufaniem i wiarą w możliwość samoleczenia, nie buduje się niestety we współczesnym społeczeństwie. Ciągle szukamy nowych leków, nowych potencjalnych przyczyn, jesteśmy w fazie testowania i oczekiwania… Na co? Na pomoc z zewnątrz, pomoc na tą straszną chorobę, która zabija. Mamy wrogów sprawiających nam cierpienie, których musimy niszczyć. To są wpajane bardzo silnie przez media i instytucje przekonania o tym, że nie ma ratunku i trzeba walczyć. Głos o tym, że człowiek ma moc i każdy jest nią obdarzony, brzmi na razie jak głos na puszczy.

Więc jeśli jest diagnoza: rak, co człowiek myśli? Niebawem umrę na śmiertelną chorobę, chyba, że znajdę jakiś cudowny lek, który mnie uleczy.

Śmiertelny w tym układzie jest nie tyle rak, ile nasz własny lęk. To najtrudniejsza ze wszystkich emocji, bo paraliżuje. Złość nas wkurza i prowokuje do działania, a lęk zatrzymuje i zamyka.

I co w tej sytuacji?

Trzeba zrobić rozeznanie, jakie czynniki naprawdę powodują lęk i gdzie jest jego pierwotne źródło. Choroba to czas zatrzymania (przerwa w gonitwie życia), który daje okazję do rewizji naszego dotychczasowego życia. Coś poszło nie tak, skoro chorujemy. To czas, by głęboko zajrzeć kim jestem, co robię, co mi sprawia przyjemność i daje radość życia.

To są takie osobiste rozważania. A czy są jakieś uniwersalne prawdy, na które trzeba zwrócić przy tej okazji uwagę? Taki pierwszy, najważniejszy krok?

To świadomość dharmy, niezmiennych praw natury i życia na tej ziemi. W tym pędzie do indywidualności zapomnieliśmy, że nasze ciało to mieszanka ziemi, wody, powietrza i eteru, całkiem uzależniona od tych żywiołów natury. Coraz bardziej odcinamy się od natury, myśląc, że człowiek może mieć władzę nad nimi i używać bezmyślnie. Pierwszy krok ku zdrowiu to przywrócenie rozumienia, jak głęboko jesteśmy uzależnieni od natury. Ona jest jedna, połączona, a my jesteśmy jej częścią. Podlegamy, jak ona, naturalnym cyklom. Ciało rodzi się, starzeje się i umiera, robiąc miejsce na kolejne życia. Co by było, gdyby życie nie było cyklem? Mądrość polega na tym, żeby …. jak najlepiej wykorzystać szanując te prawa, cykl życia i natury. Współcześnie bardzo mocno oceniamy i wybieramy coś co nam się podoba, a odsuwamy od siebie rzeczy niewygodne. Jeśli świadomie za wszelką cenę unikamy starości i śmierci, żyjąc w lęku budujemy wokół siebie sztuczne poczucie bezpieczeństwa. Bez czarnego biały jest niewidoczny, bez smutku nie odczujemy radości, tylko zmęczony człowiek może w pełni poczuć relaks i głęboki sen… Prąd życia bez dwu biegunów – przyjemne i nieprzyjemne – nie będzie płynął. To, co robi współczesny człowiek to usuwanie jednego z biegunów, zamiast dążenia do możliwości ich doświadczenia jako całości.  Poprzez głębokie wchodzenie w stan medytacji (nieumysłu) rodzi się wdzięczność i jedność natury zewnętrznej i wewnętrznej. Wdzięczność za dar życia, pielęgnowany przez naturę, jest warunkiem podstawowym życia w zdrowiu.

Dziękuję za rozmowę.

Szybki kontakt
+
Wyślij!